Andrzej Wąsewicz: Życie w „Orbicie”

ok25
Web archive strony polonijnego tygodnika Express w Chicago z dnia 17-tego czerwca 2006 roku:

: czerwiec 2006 Nr 25

Życie w „Orbicie”

Wspomnienie o Tadeuszu Kowalczyku

Gdy w domu pogrzebowym Sikorski Funeral Home naprzeciwko bazyliki św. Jacka w sercu polonijnego Chicago wystawiono zwłoki, zmarłego 12 maja w wieku 75 lat Tadeusza Kowalczyka, nie brakowało tych, którzy przyszli pożegnać tę legendę polonijnego biznesu i barwną postać. Wiadomo – multimilioner, właściciel legendarnej (nie istniejącej już) restauracji i sali bankietowej „Orbit” przy Central Park i Milwaukee Ave. Były mąż piosenkarki Violetty Villas. Działacz organizacji polonijnej na Jackowie. Rodak, który startując od zera, niesamowitym wysiłkiem stworzył biznesowe imperium. W jego skład, swego czasu wchodziły nawet dwie restauracje (oprócz „Orbitu” znacznie okazalszy kompleks bankietowy „Atrium” w Arlington Hights pod Chicago), delikatesy, ośrodek wypoczynkowy w Wisconsin. Wszystko runęło. W dniu śmierci, pan Tadeusz dawno już miał najlepsze lata życia za sobą. Wciąż jednak żywa była legenda „Orbitu”. A powiedzenie „u Kowalczyka”, nieodmiennie kojarzyło się z lokalem, gdzie przez lata całe koncentrowało się życie towarzyskie Polonii.

W domu pogrzebowym wymieniano uściski dłoni, słychać było przyciszone rozmowy Niektórzy przyjechali z daleka: Kalifornii, Wisconsin. Sypały się okruchy wspomnień. A jest co wspominać…
-Koniec lat 80. „Orbit” rósł w potęgę. Była to bez wątpienia czołowa polonijna restauracja w Chicago. Tu odbywały się spotkania biznesowe. Tu, po mszy „u św. Jacka” wpadano na obiad, czekając w długich kolejkach na wolny stolik. Tu spotykały się pary, korzystające z ogłoszeń matrymonialno-towarzyskich w polskiej prasie. Dla rozpoznania, nierzadko z „Dziennikiem Związkowym” w ręce.
Tu kontraktorzy robili „deale”, sprzedając sobie robotę, szukając pracowników, biorąc udział w giełdzie biznesowej. I grając w prestiżową „stówkę” – na dany znak, wszyscy wyciągali banknot studolarowy. Ten, kto miał banknot z najmniejszym numerem seryjnym, płacił wszystkim za kawę. Tu można było kiedyś spotkać Violettę Villas, Jerzego Połomskiego, Marylę Rodowicz, Valdemara Koconia. Gościł tu nawet George Bush Sr., jeszcze za czasów wiceprezydentury.
Były prezydent, a obecnie ojciec aktualnego prezydenta, wpadł z gubernatorem Illinois i burmistrzem Chicago na polski obiad. Zachowały się nawet fotografie, na których widniał pan Tadeusz w otoczeniu sławnych polityków.

Zdjęcia robił nasz redakcyjny kolega, red. Darek Jakubowski, wówczas związany z nieistniejącym już tygodnikiem „7 Dni”. Był też na fotkach naczelny tego pisma – red. Tomek Dankowski. Zaskoczony nieoczekiwaną wizytą, nie zdążył założyć garnituru. Pan Tadeusz wyciął więc swetrzastego Tomka ze zdjęcia, jakie później dumnie wisiało za kasą.

Spotkanie zakończyło się śmiesznostką. Z wrażenia, kelnerka podała gościom rachunek za polski talerz (pierogi, gołąbki, kiełbasa). Po chwilowej dezorientacji, przy wtórze śmiechów gości, nieco poirytowany pan Tadeusz przechwycił kwit. „Prezent od Polonii” – wyjaśnił gościom. Pamięć o dobrym polskim obiedzie, refleksie właściciela i niezapłaconym przez przyszłego prezydenta rachunku, długo jeszcze przetrwała w amerykańskich kręgach politycznych. Jak zareagowała Polonia? Życzliwie. Wszyscy wiedzieli, że pan Tadeusz do rozrzutnych biznesmenów nie należy, ale nie do tego stopnia, żeby liczyć za prestiżową wizytę…

-Ośrodek wypoczynkowy w Wisconsin był na tyle okazały, że zainteresowali się nim właściciele legendarnej drużyny koszykarskiej „Chicago Bulls”. A były to czasy, gdy Michael Jordan zaczynał już na dobre rządzić światowym sportem. „Byki” dawały 3 miliony za miejsce do treningu i wypoczynku. Pan Tadeusz chciał 4. Mimo długich negocjacji, nie dogadali się. Niektórzy mówią dziś, że był to duży błąd. Ostatecznie, gdy imperium pana Tadeusza zaczęło się sypać, kompleks trafił w inne ręce. Ale był jeszcze miejscem okazałego ślubu pana Tadeusza z samą Violettą Villas. Był nawet kulig. Goście balowali parę dni.
-Z panią Violettą były spore emocje. Rozkapryszona występami w Las Vegas gwiazda estrady wyszła za pana Tadeusza, zauroczona jego romantyzmem. No cóż – kwiaty na każdy koncert w „Maryla Polonaise”, wystawne kolacje. Do tego, perspektywa rozwinięcia wspólnego biznesu w Stanach. No i nie dawało się ukryć, że pan Tadeusz to przystojny mężczyzna, do którego przez całe życie odchodziły atrakcyjne kobiety.

A zapowiadało się tak okazale… Sala widowiskowa nad „Orbitem” miała ściągać tłumy. Zwłaszcza, gdyby pan Violetta angażowała znanych artystów, korzystając ze swych znajomości.

Nie wyszło. VV okazała się kapryśna i wymagająca. Coraz częściej, zamiast rozkręcać biznes, przesiadywała w domu. Słuchała swych płyt. Codziennie, potrafił pójść cały koniak. Dokarmiała zwierzęta. Jadła obiady dowożone z lokalu męża.

Małżeństwo rozpadło się z hukiem, w atmosferze skandalu. Pod namową adwokatów, VV oskarżyła nawet pana Tadeusza o… gwałt, w co nikt nie mógł uwierzyć. Przed sądem, gwiazda sama przyznała się do prawnej manipulacji, stawiając swych prawników pod ścianą. A gdy nie stawiła się na kolejną rozprawę z Polski, nie usprawiedliwiając nieobecności, sędzia stanął po stronie męża, który pierwszy wystąpił o rozwód. Szkoda, bo do końca pan Tadeusz ciepło, choć z żalem, wypowiadał się o byłej żonie.
-Gdy w „Orbicie” powstała Sala Królewska, ozdobiona obrazami władców polskich, pędzla polonijnego Matejki, lokal przeżywał drugą młodość. Trudno uwierzyć, że na samym początku była to ponura tawerna, gdzie równie dobrze można było dostać piwo, łamane „shotem” wódki, jak i w łeb. To właśnie pan Tadeusz wyprowadził lokal na szersze wody. Do legendy przeszły doskonałe schabowe. I pan Gustek przygrywający romantycznie na skrzypcach.
-Czasem, gdy pan Tadeusz miał lepszy dzień, można było usiąść i pogadać o starych, niekoniecznie znowu dobrych, czasach. Zwierzał się, że długo miał w Ameryce pod górę. Najpierw Kanada. Wyrąb lasów. Potem Stany.
-Na piechotę stamtąd przyszedłem… – mówi. Ale nigdy nie narzekał. Wiedział, że w Stanach zawsze trzeba ostro do przodu.
-Popełnił błąd, gdy za namową domorosłych biznesmenów kupił „Atrium”. Renomowany lokal pod Chicago zapowiadał się doskonale. Duże obroty, lepsza klientela. Już sam „brunch” z szampanem robił dużo kasy. No ale jak skutecznie zarządzać dwiema restauracjami? I to w sytuacji, gdy nie ma dobrych menedżerów. A na tych, którzy są, nie można polegać. Gdy był w „Atrium”, źle działo się w „Orbicie”. I na odwrót.
A płatności goniły. Na spłatę nowego biznesu poszły pożyczki pod zastaw starego. Ośrodek w Wisconsin dawno już sprzedany. Dziurę wypełniał pożyczkami. Najpierw od znajomych. Potem, od Romów. I specjalistów od szybkich pożyczek. Na zabójczy procent.
-No i jak tu spłacić 50-60 tysięcy miesięcznie? – pyta retorycznie jeden ze starych znajomych. -Nie ma takiej możliwości, bo biznes tak dobrze znowu nie szedł. Podobno „ordery” wyciekały bokiem. Brakowało z imprez. A że część rozliczeń szła w gotówce, trudno było złapać za rękę.
Dziura kredytowa powiększała się. Prawnicy tylko odwlekali egzekucję. A potem okazało się, że sami przejęli nieruchomości. Pojawiły się kłopoty ze zdrowiem. Prostata. W końcu – bankructwo. Zdołał jeszcze uratować trochę sprzętu z restauracji. Ale były to grosze w porównaniu ze zobowiązaniami. Potem „Orbit” przejęli Romowie. W końcu, odebrał bank. I teraz mieści się tam właśnie taka placówka.
-Choć cieszył się dużym zainteresowaniem pań, do kobiet raczej nie miał szczęścia. No, może poza córkami. Dana Mrozek i Krystyna Jędrzejewska, mimo czasem napiętych stosunków z ojcem, towarzyszyły mu do końca.
Wspierały finansowo. Opiekowały się. Odwiedzały. W sumie – bezinteresownie. Już wtedy wiadomo było, że po biznesie nie ma śladu. I jednego centa. Zdrowie też przepadło. Doszło do tego, że pan Tadeusz omal został bezdomnym. Córki załatwiły mu mieszkanie dla uboższych, finansowane przez urząd miejski. Płacił też za dochodzącą pielęgniarkę. Ale i tak wydatków rodzinie nie brakowało…
Pani Krystyna, z powodzeniem prowadząca swój biznes – biuro pośrednictwa pracy:
-Szkoda, że dopiero pod koniec życia tato nieco zbliżył się do nas. Wcześniej różnie z tym bywało. Był zapatrzony w biznes, obawiał się czemukolwiek innemu poświęcić uwagę. Do rodziny się nie zbliżał, za namową osób trzecich. Czasem myślę, że wszystko to mogło się inaczej ułożyć. Byłoby rodzinnie. I biznes można było uratować, prowadząc wszystko razem. Jest więc pewien żal. Ale w chwilach, gdy ojcu potrzebna była pomoc, nie można było się odwrócić.
-Sytuacje rodzinne bywały dramatyczne. Gdy z Polski przyjechała do Chicago żona pana Tadeusza, nie przyznał się do niej. Najbliższych to zabolało. Inni mówili – cóż, to w końcu tyle lat…
-Donna także prowadzi swój biznes. Ma parking w downtown. Radzi sobie nieźle. O ojcu zachowuje dobrą pamięć. Choć może gdzieś tam w głębi pobrzmiewa nuta żalu, że nie ułożyło się najlepiej. Donna nawet pracowała w „Orbicie”. Ale przegrała z intrygą. Gdy zaczęła walczyć z układem, osadzonym wokół szefa, tato podziękował za pracę. Bał się, że straci biznes. Podobno decyzjami personalnymi zagroziła „Orbitowi”. A ona po prostu chciała pozbyć się tych, którzy żerowali na ojcu… -Pan Tadeusz zamieszkał z Bogdanem Milerem, znanym operatorem telewizyjnym i z Władysławem Kowynią, kolejną legendą polonijnego biznesu. Doszło do tego, że czasem, gdy nie starczało zasiłku, dawali panu Tadeuszowi 20, 50 dolarów. Na codzienne wydatki, benzynę. Nic mu z dawnego majątku nie zostało… A podobno, gdy za czasów świetności pojechał do Polski w biznesach, miał papiery bankowe poświadczające zasoby, szacowane na co najmniej 12 mln dolarów. W ostatnich latach nie mógł nawet utrzymać samochodu.
-Mimo to, pan Tadeusz ciągle wierzył, że jeszcze się odbije.
-Kupuję lokal w Jefferson Park – mówił mi, gdy się spotkaliśmy 5 lat temu. -Taki steak house. Bardzo znany, ekskluzywny. Mam inwestorów. Nazwy i nazwisk na razie nie mogę zdradzić…

Były to jednak wyłącznie pobożne życzenia. Wiek, wydrenowany kredyt, bankructwo, brak wiarygodności finansowej przemawiały na niekorzyść. -Pocieszałem Tadeusza, że jeszcze będzie dobrze; że jeszcze szarpnie do przodu – wspomina Władysław Kowynia, który na pogrzeb specjalnie przyleciał z Kalifornii.
-Wierzył w to. I miałem wrażenie, że w ciężkiej chorobie to go trzyma przy życiu.
Bogdan Miler: -Pomagaliśmy mu, jak mogliśmy. W końcu był to nasz przyjaciel.
-Ze zdrowiem było coraz gorzej. Raz, w restauracji „Staropolska” na Milwaukee pan Tadeusz, osłabiony chorobą, padł na podłogę. Pozbierali go do samochodu. Sam nie mógł już jeździć. Rak. Nie było zresztą za co.
-Muszę uciekać, bo jeszcze zobaczą, że mam jakiś samochód – mawiał wcześniej pół żartem, pół serio, ukrywając się przed wierzycielami.
-Pracował przez jakiś czas jako strażnik banku. Trochę się krępował. On, taki znany polonijny biznesmen, w takiej sytuacji? Ale znajomi nie odwracali się. Pocieszali. Wiedzieli, jaka jest Ameryka. Dziś pogłaszcze, a jutro skopie. Tadeusz Palka, funkcjonariusz służb, nadzorujących pracę chicagowskiej policji: -Lubiliśmy sobie z Tadeuszem pożartować, choć czasem brał te żarty zbyt poważnie. To był porządny człowiek. Barwna postać. Ciężko pracował na sukces.
Szkoda, że mu się pod koniec nie powiodło…
Edward Haruza, znany chicagowski biznesmen, właściciel domu handlowego „Syrena”, jeden z najbliższych przyjaciół, stał przy panu Tadeuszu do końca:
-Tadeusza pamiętam dobrze jeszcze z czasów największej świetności „Orbitu”. I do końca zasługiwał na szacunek. Miał barwne życie. Sam wiele doświadczył i pomagał Polonii.
Pan Edward nie chce mówić o pomocy, jakiej to on udzielał panu Tadeuszowi. A jak mówią dobrze zorientowani, była to pomoc znaczna.
-Robiłem, co mogłem. Żal było patrzeć na przyjaciela w potrzebie. Jestem pewien, że gdybym ja znalazł się w takiej sytuacji, on by mi pomógł…
-Orbit to było coś więcej, niż restauracja – dodaje Władysław Kowynia. -To był klub towarzyski, giełda biznesowa, kawiarnia, klub inteligencji polonijnej, ośrodek imigracyjny. Tam przychodziło się nie tylko na obiad, ale i na kawę, pogawędkę, zobaczyć starych przyjaciół, poczuć Polskę.
-Anegdoty o „Orbicie” i jego właścicielu zapełniłyby niejedną książkę. Choćby ta… Pan Tadeusz wynajmował lokal w swym budynku innemu znanemu polonijnemu biznesmenowi – Stanisławowi Bacikowi, który dopiero raczkował jako wytwórca wędlin i przyszły właściciel renomowanych delikatesów. Obaj dżentelmeni weszli w spór. Wędzarnia pana Stanisława dymiła okolicznym mieszkańcom. Podobne były skargi na właściciela budynku. Gdy po raz kolejny, pan Tadeusz wkroczył do podnajmowanego sklepu, wywiązała się przepychanka. Pan Stanisław, wymachiwał kijem do wieszania wędzonych kiełbas. Pan Tadeusz wyrwał mu i zarekwirował „broń”. I zapowiedział, że przedstawi ją w sądzie, jako dowód agresywnych zamiarów przeciwnika. Tu błysnął adwokat Stanisława Bacika. Przed rozprawą, poinformował ochroniarzy sądowych, że przed sędzią stanie przeciwnik jego klienta, z kijem, którego ma zamiar użyć do samowolnego wymierzenia sprawiedliwości. Gdy pan Tadeusz pojawił się w sądzie z zawiniętym w papier drągiem, został zatrzymany pod zarzutem planowanego pobicia i wnoszenia niebezpiecznej broni do gmachu państwowego. Nieporozumienie zostało szybko wyjaśnione. Przeszło jednak do polonijnej legendy. A od tego czasu, obaj panowie zawarli rozejm. I podobno nawet niejednokrotnie pili wzajemnie swe zdrowie…
-Siedzimy w restauracji „Zakopane” pana Pawła, dokładnie naprzeciwko budynku, gdzie niegdyś znajdował się „Orbit”. Bank jest nowoczesny. I na pewno tu potrzebny. Ale to już nie to samo Jackowo…
Jemy doskonały placek po węgiersku, żeberka, kapuśniak. I trochę brakuje tego „Orbitowego” cielęcego kotleta z pieczarkami i frytkami czy polskiego „prezydenckiego” talerza.

Płyną wspomnienia. O wizycie Władysława Komara w sali bankietowej „Orbitu”. O barwnych próbach widowiska radiowo-scenicznego „Jackowo Story” Zofii Mierzyńskiej, w trakcie którego, aktorzy polonijni, z oscarowym zacięciem, rywalizowali o role i widownię. O szopach-praczach, dokarmianych przez Violettę Villas, ku utrapieniu sąsiadów pana Tadeusza. O jej domowym ołtarzu, przy którym modliła się, gdy tylko zdarzało jej się zgrzeszyć, co nie należało do rzadkości. O postawnym mężczyźnie z krzaczastymi brwiami, który z charakterystycznym zaśpiewem w głosie witał każdego gościa, powtarzając swe nieśmiertelne „Panie, panie….” O tym, jak dzień w dzień tenże mężczyzna pilnował biznesu przeżywając trudne chwile, gdy np. pracownicy wyskakiwali przez okna w ubikacji, podczas nalotu służb imigracyjnych. O „Orbitowych” dancingach, dzięki którym Polonia stawała się liczniejsza, a policjanci, wyłapujący balowiczów, żyli dostatniej.
-Pamiętajmy człowieka – mówi pan Władysław Kowynia. -Mnie, najbardziej ujęło to, że Tadek, choć tak ciężko walczył o biznes, nigdy nie odmówił pomocy. Gdy ktoś przyszedł do niego z prośbą, to może pieniędzy mu nie dał, ale na pewno nikt nie wyszedł od niego głodny. Bo sam wiedział, co to głód i imigrancka poniewierka.
-Bez Tadeusza Kowalczyka i jego „Orbitu” to nie jest już to samo Jackowo – dodaje Edward Haruza. -Wprawdzie życie idzie naprzód, ale są ludzie i miejsca, których nikim i niczym nie da się zastąpić.

Andrzej Wąsewicz

Tygodnik Express w Chicago: Zamach na polski kościół

Express drugi
Web archive strony polonijnego tygodnika Express w Chicago z dnia 13-tego lutego 2006 roku:

  Express nr 2, 6-12 stycznia 2006 2006-01-05 17:52

Zamach na polski kościół

Nie zważając na ostrzeżenia lokalnego arcybiskupa, straszącego wiernych perspektywą dopuszczenia się śmiertelnego grzechu, około 2000 osób wzięło udział w Pasterce w polonijnej świątyni w St. Louis (Missouri), odprawionej przez polskiego księdza, który na krótko przed świętami został ekskomunikowany za podjęcie pracy duszpasterskiej w parafii walczącej o zachowanie swojej niezależności finansowej od archidiecezji.

Sexy bin Laden

Siostrzenica Osamy rodzinie przynosi hańbę, ale zyskuje sławę w Ameryce. Nie miała łatwego życia, szczególnie po zamachach na World Trade Center 11 września 2001. Choć ta wyzwolona, urodzona w USA siostrzenica Osamy bin Ladena chce uchodzić za stuprocentową Amerykankę, to jednak nazwisko rzuca długi cień na jej osobę.

Morderca Kuklinski

Wydaje się wam, że w Ameryce najpopularniejszym Polakiem jest Lech Wałęsa, Andrzej Gołota albo pułkownik Ryszard Kukliński? Jesteście w błędzie. Tytuł ten przysługuje… Richardowi Kukinskiemu. Syn biednych emigrantów z Polski do tej pory uchodzi za najbardziej brutalnego i najsławniejszego mordercę w dziejach Ameryki.

Jezus z Manhattanu

Pewien Nowojorczyk poczuł się tak mocno uduchowiony, że postanowił zmienić swoje imię i nazwisko na Jezus Chrystus. Tuż przed Bożym Narodzeniem sędzia sądu cywilnego na Manhattanie przychylił się do prośby 42-letniego bezrobotnego Jose Luisa Espinala.

Konsularny dowód tożsamości

Ostatnio w USA głośno o „konsularnych dowodach tożsamości”. Dokumenty te wystawiane przez konsulaty poszczególnych krajów ich obywatelom miałyby imigrantom ułatwiać funkcjonowanie w Stanach. Czy również Polacy mogliby z tych dokumentów korzystać?

Latryna prawdę ci powie…

Odór fekaliów nie zraża archeologów, dla których wychodki są bezcenną skarbnicą wiedzy na temat codziennego życia w średniowiecznych miastach. Rozkopywanie zabytkowych latryn nie należy do przyjemności, ale znalezione tam przedmioty mogą dużo powiedzieć na temat zwyczajów, diety i chorób średniowiecznych mieszczan.

Andrzej Wąsewicz: Imigrant zmienia nazwisko

ok07
Web archive strony polonijnego Tygodnika Express w Chicago z 26 kwietnia 2020 roku:

Archiwum
:: luty 2006 Nr 7

Imigrant zmienia nazwisko

Po przyjeździe do USA często się zdarza, że dotychczasowe nazwisko albo imię zaczyna imigranta mocno uwierać. Zmieniona wymowa lub uproszczona pisownia stwarza krępujące czy wręcz kompromitujące sytuacje. Do biurza danych osobowych powiatu Cook, do którego należy Chicago, codziennie wpływają od imigrantów podania o zmianę nazwiska. Bywają przypadki zaskakujące. A w całych Stanach – wręcz szokujące. W tym, z udziałem rodaków.

Monika Penas przyjechała do USA z Gwatemali. Z początku nie wiedziała, dlaczego zawsze, gdy wymawia swe nazwisko, obecni reagują uśmieszkiem. Nic dziwnego – przecież po angielsku, wyraz „penis” wymawia się identycznie.
Monica miała już tego serdecznie dość, gdy stanęła przed sądem do wykroczeń drogowych. Cała sala wybuchnęła śmiechem, gdy imigrantkę głośno wezwano przed oblicze sędziego. Obecnie, ta 21-letnia mieszkanka Chicago zmieniła nazwisko na Monica Star.

Podobne przejścia miała Mary Jo Porn z Kambodży. No bo kto chciałby nazywać się „pornografia”?

Obie panie mają już ten etap amerykańskich przygód za sobą. Nie brakuje jednak innych niezwykłych przypadków.

Wiele związanych jest z Azjatami. Np. głośne były perypetie Chińczyka, który nazywał się Fuk King Kwok. Po przyjeździe do Stanów, zamieszkał w Chicago. Właśnie czekał w biurze sekretarza stanu na wydanie nowego prawa jazdy, gdy urzędniczka głośno wyczytała jego nazwisko. A że „u”, w przeciwieństwie do chińskiego czy polskiego, po angielsku wymawia się z reguły jak „a”, przez głośniki poleciało najpopularniejsze amerykańskie przekleństwo.

-Byłem tym wszystkim strasznie zakłopotany – wspomina imigrant. -Rozbawieni ludzie patrzyli na mnie. Niektórzy otwarcie się śmiali. Urzędniczka przy okienku życzliwie poradziła mi, żebym zmienił nazwisko, bo w Stanach nie będę miał łatwego życia.

Poza tym drugie imię – King, w zestawieniu z pierwszym dodawało całemu nazwisku jeszcze większego satyrycznego zabarwienia. Obecnie, Fuk King Kwok nazywa się po ludzku, czyli Andy Kwok.

-Zawsze podobało mi się to amerykańskie imię – dodaje. -Nawet w Hongkongu tak do mnie mówiono…

Nie tylko Azjaci mają problemy z podwójnym znaczeniem. Można mieć niemal stuprocentową pewność, że i w Polsce mieszka niejeden Fuk
który mógł otrzeć się o Amerykę, choć tu nie dysponujemy konkretnymi danymi. Do Chicago przyjechał natomiast dość dawno temu imigrant z Polski – Józef Fart. I nie mógł się nadziwić, dlaczego jego tak szczęśliwie brzmiące po polsku nazwisko budzi śmiech tubylców. No, ale kto tak naprawdę chciałby nazywać się „pierdziel”?

Perypetie z nazwiskiem miał niejaki Andrzej Pryk. To, skądinąd bardzo popularne nad Wisłą nazwisko budzi u Amerykanów jednoznaczne skojarzenia. Wymawiane identycznie słowo (choć pisownia zawiera końcówkę „ick”) oznacza… męski narząd płciowy. I to bynajmniej nie w pozytywnym kontekście. W tej sytuacji, koledzy znający polski i angielski mieli niezłą zabawę, z upodobaniem nazywając pana Andrzeja „starym prykiem”.

Wiele uśmieszków budził też mieszkaniec Krakowa, Jacek Bum. I tu znowu kłaniała się wymowa angielska, zamieniająca „polskie ‚u’ na amerykańskie ‚a’. No, a jak wiadomo, bum to po angielsku łajzowaty, bezdomny włóczęga i nędzarz
którego najczęściej można spotkać w parkach i przy śmietniskach. Paradoks tym większy, że pan Jacek odznaczał się wyjątkowo korzystnym wyglądem i manierami, zupełnie nie przystającymi do człowieka ulicy.

Sporo rozbawienia wniósł do Stanów Jan Pempas spod Białegostoku. To przyzwoite słowiańskie nazwisko, Amerykanom – wymawiającym je „pimpas” – kojarzyło się z dwuczęściową składanką: „pimp” („alfons”) i „ass”(„tyłek” lub wręcz „dupa”).
Mimo uciążliwości, Polak nie zmienił nazwiska. Zawziął się i postanowił po kilku latach pobytu wrócić do kraju, gdzie jego nazwisko nie budzi tak wstydliwych skojarzeń.

Wiele przecierpiał niejaki Zdzisław „Ziggy” Moroń (miasto pochodzenia nieznane). Również i to popularne nazwisko budziło powszechne rozbawienie. „Moron” to po angielsku „dureń”, „głupek”, „cymbał”.

Do jednej z polskich szkół dla dorosłych w Nowym Jorku uczęszczał niejaki Dyk. Niestety, imienia tego rodaka nie znamy. Jak głosi legenda, powtarzana przez znajomych, tenże obywatel nieraz popadał w konflikt z prawem.

Wtajemniczeni twierdzą, że co najmniej dwa przypadki rutynowego zatrzymania przez policję drogową zakończyły się aresztowaniem za „kpiny z władzy i utrudnianie jej prowadzenia czynności służbowych”. No bo który „cop” spokojnie przyjmie odpowiedź „fiut” na pytanie o nazwisko kierowcy?

Skoro o bliskich spotkaniach z policją mowa, warto odnotować ciekawostkę z podchicagowskiego Schaumburga. Pewien mieszkający tam rodak (niestety, o najnormalniejszym nazwisku), niezbyt dobrze władający angielskim i nieco wstawiony, zatrzymany przez policję i zapytany przy jakiej ulicy mieszka, odpowiedział „sewen pines”. Z boku mogłoby się wydawać, że odsyła funkcjonariusza do wszystkich ch…, to znaczy diabłów. Tymczasem zawiniła wymowa. Ulica „Siedmiu sosen” rzeczywiście istnieje lecz słowo „sosny” należy wymawiać z amerykańska „pajns”, a nie z erotycznym podtekstem po polsku ‚pines’. W tym akurat przypadku funkcjonariusz miał poczucie humoru i zrozumiał, o co rodakowi chodzi. W przeciwnym razie, z pewnością doszłoby do oskarżenia np. o próbę namówienia policjanta na zbiorowy seks….

Na Florydzie, lokalną furorę zrobił w okolicach Miami Adam Bangier. A że „bang” to po angielsku „walić”, można się domyślać kontekstu tak męskiego nazwiska.
Swoje przeżył Władysław ‚Wally’ Jankiś z Tarnowa. Nazwisko, szybko mu zamerykanizowano w Stanach na ‚Dżankis’. Co wymawia się niemal identycznie, jak „junkie” („narkoman, który już stoczył się na samo dno”).

A skoro o prochach mowa, wiele rozbawienia amerykańskich kolegów wzbudził pracujący niegdyś na budowach Chicago Marek Dołub. Jego nazwisko wymieniano z amerykańska „dołp” co potocznie kojarzy się z „dope”, a więc narkotykami.

Ale i rdzenni Amerykanie miewają problemy z nazwiskiem.

W Chicago odnotowano przypadek, gdy 58-letni Michael Heard postanowił przechrzcić się na Godlordkingchrist Heard. Prośba, po zapłaceniu przez zainteresowanego zwykłej opłaty urzędowej, w wysokości 328 dolarów, została spełniona. Do dziś jednak nie wiadomo, czy za zmianą stały wyłącznie powody religijne.

W grudniu 2005, mieszkaniec Chicago – Samuel Hocks zmienił nazwisko na… Samuel Adams. Tak, tak – identycznie nazywa się bohater amerykańskiej wojny secesyjnej, choć znajomi mówią, że najwyraźniej chodzi o nawiązanie do popularnego gatunku piwa o tej samej nazwie. Czekamy więc na Jana Okocimskiego (może być Jan O. K.), Zdzisława Lecha czy Czesława Żywca. Zdarzają się i takie dziwolągi, jak April Showers, która w 2004 zmieniła nazwisko na Denise Moore.

Kilka ciekawostek związanych z imionami

* Najpopularniejsze w Nowym Jorku imiona dziecięce, w 2004 (ostatnie dostępne dane): Michael i Sarah (rasa biała), Elijah i Kayla (czarna), Justin i Ashley (Latynosi) oraz Jason i Emily (Azjaci).
* W pierwszej 50. znalazł się Mohamed, wyprzedzając nawet Richarda i Charlesa. *W społeczności żydowskiej, najpopularniejsze imiona to: Mosze, Mordechai, Szlomo.
* Wśród Afroamerykanów, na popularności zyskują takie imiona dziewczęce, jak: Tamika, Latoya, Laisha, Latasha, Shameka.
* W całych Stanach niezwykle popularne staje się żeńskie imię… Brooklyn, będące połączeniem Brooke i Lynn. Co ciekawe, w samym Nowym Jorku występuje zerowe zainteresowaniem tym imieniem, kojarzony zapewne z dzielnicą.
* W całych Stanach, dużą popularnością nadal cieszą się takie imiona chłopięce, jak Michael i Daniel oraz dziewczęce, jak Emily i Ashley.
* W USA mocno trzymają się niemieckie imiona: Bertha, Gertrude, Mildred i Herman. Z obiegu wypada Katrina.
* Osłabło zauroczenie takimi imionami, jak Francesco, Antonio i Giuseppe w przypadku imigrantów włoskich, a imionami: Lisa, Sharon, Kim, Denise i Karen w przypadku imigrantów afrykańskich. W tym ostatnim przypadku, furorę robi ostatnio żeńskie imię Fatoumata, będące odmianą Fatimy.

P.S. W artykule wykorzystano dane z biur ewidencji ludności w urzędach miejskich na terenie USA. Gdyby nasi czytelnicy mieli jeszcze inne ciekawe przykłady wieloznacznych nazwisk czy imion – zapraszamy na łamy!

Andrzej Wąsewicz

Tygodnik Express w Chicago: Horror w samolocie, dramat imigrantów

Express drugi
Web archive strony polonijnego tygodnika Express w Chicago z dnia 13-tego lutego 2006 roku:

Express nr 4, 20-26 stycznia 2006 2006-01-20 09:39
Horror w samolocie

Rafał Marcin KRAWCZYK, lat 32, oddany został w ręce władz amerykańskich po niezaplanowanym lądowaniu Boeinga 767 brytyjskich linii lotniczych Thompsonfly na Międzynarodowym Lotnisku Orlando-Sanford około 8: 00 wieczorem w minioną sobotę. Pasażerowie lotu BY437B przeżyli koszmar, kiedy potężnej postury mężczyzna, którego niektórzy określali potem mianem „gigantyczny Polak”, zaczął demolować toaletę, zaatakował obsługę i usiłował otworzyć wyjście awaryjne samolotu na wysokości ponad 10 km nad oceanem.

Mysia zemsta

Mieszkaniec Nowego Meksyku, w ognisku przed domem palił liście, gałęzie i odpady. Do ognia postanowił też wrzucić złapaną w domu zwykłą młodą mysz polną. Ogarnięty płomieniami gryzoń w panice śmignął z powrotem do domu właściciela. W półtorej minuty później cały budynek płonął.

Dramat imigrantów

Czy, po morskiej podróży wystarczy suchą stopą dotknąć Ziemi Waszyngtona, by otrzymać prawo stałego pobytu w USA? To kontrowersyjne pytanie, obowiązujące dotąd obywateli Kuby, zaczyna interesować również przedstawicieli innych środowisk imigracyjnych.

Jezus przed sądem

Do sądu w Viterbo (Włochy) trafił spór o to, czy… Jezus rzeczywiście istniał. Skandaliczny pozew wniósł Luigi Cascioli – wojujący ateista, który pozwał księdza Enrico Righiego za „rozpowszechnianie fałszywego poglądu, że Jezus był postacią historyczną.

Samobójczy pakt

Osoby postronne ze zdziwieniem patrzyły na niezwykłą parę – Helen Godet miała przecież już 106 lat, a jej opiekun i najbliższy przyjaciel, David Lund, zaledwie 34. Mimo tej różnicy wieku, od 9 lat mieszkali razem, a mężczyzna z wyjątkowym oddaniem opiekował się staruszką. 13 stycznia sąsiedzi i policja przeżyli szok.

Przeklęty Małysz

Łaska kibola warta jest tyle, ile jego szalik. Zobaczmy jak Polacy rok po roku oceniali Adama Małysza, który po serii sukcesów ma teraz znacznie słabszy sezon.

Życie z nieboszczykiem

Przez 2.5 roku, rodzina w Cincinnati (Ohio) trzymała na piętrze swego domu zwłoki staruszki, normalnie w tym czasie żyjąc. Obecnie policja odsłania kulisy horroru, który wstrząsnął całą Ameryką.

Tygodnik Express w Chicago: Noc za $15 mln, Ksiądz do wynajęcia

Tygodnik express

Twierdza Chicago: Web archive strony Tygodnika Express w Chicago z dnia 3 lutego 2006 roku: 

    Express nr 5, 27 stycznia – 2 lutego 2006 2006-01-26 19:16

Noc za $15 mln

Upojna noc, spędzona z byłą żoną kosztowała Raya Sobeskiego z kanadyjskiej prowincji Ontario, okrągłe 14 milionów dolarów kanadyjskich. Tyle bowiem, zdaniem sądu, musi on zapłacić byłej żonie z wygranej w loterii.

Ksiądz do wynajęcia

W dobie internetu możliwa jest niemalże każda usługa. Potwierdza to serwis o szokującej nazwie „Rent a Priest” (‚Wynajmij księdza’). Pozwala on na zatrudnienie – za odpowiednim datkiem – kapłana katolickiego, do różnego rodzaju posług. Czy działalność taka zgodna jest jednak z doktryną Kościoła i ogólnym poczuciem moralności?

Miss USA

W minioną sobotę, w Las Vegas odbyły się wybory Miss USA 2006. Tytuł zdobyła 22-letnia Jennifer Berry, Miss Oklahomy, studentka pedagogiki. Wygrała też stypendium na studia, wysokości 30,000 dolarów i roczną, płatną turę objazdową po Stanach.

Związkowcy popierają ‘nielegalnych’

Izba Handlowa USA wraz z dwiema najbardziej wpływowymi amerykańskimi centralami związkowymi połączyły siły, naciskając na Kongres, by przyjął on ustawę legalizującą miliony nielegalnych imigrantów w USA. Po raz pierwszy w historii USA, tak wpływowe środowiska biznesowe opowiedziały się za nieudokumentowanymi.

Najlepiej sprzedawane auta w USA

W roku 2005 japońscy producenci zdominowali w USA rynek samochodów osobowych. Coraz więcej młodych ludzi, w tym również przedstawicieli Polonii amerykańskiej wybiera niezawodne, niewiele palące auta z Japonii. W pierwszej dziesiątce najlepiej sprzedających się samochodów osobowych na amerykańskim rynku pierwsze pięć miejsc zajmują wyroby Made in Japan.

Zakorkowane Chicago

– Nie mogę powiedzieć, że nastąpi kompletny paraliż z powodu korków ulicznych, ale będzie naprawdę ciężko. Szczególnie w godzinach szczytu, zmotoryzowani będą musieli podjąć decyzję, którędy najszybciej przejechać – powiedział Jacek Tyszkiewicz, szef projektu IDOT (Illinois Department of Transportation) przebudowy drogi ekspresowej Dan Ryan (I-90/94) w Chicago. Rok 2006 będzie dla kierowców w Chicago wyjątkowo trudny.

Czytelnicy Progress for Poland komentują smierć Ewy Milde

download (6)
Kontekst z Wikipedii: 

Ewa Milde-Prus[edytuj]

Ewa Milde-Prus
Imię i nazwisko Ewa Joanna Milde-Prus
Data i miejsce urodzenia 7 marca 1944
Skierniewice
Data i miejsce śmierci 24 lipca 2020
Chicago
Zawód aktorka
Lata aktywności 1964–1988

Ewa Joanna Milde-Prus (ur. 7 marca 1944 w Skierniewicach[1], zm. 24 lipca 2020 w Chicago[2]) – polska aktorka filmowa i teatralna.

Życiorys[edytuj | edytuj kod]

W 1967 roku ukończyła studia na Wydziale Aktorskim Państwowej Wyższej Szkole Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej w Łodzi. 22 stycznia 1967 roku debiutowała na deskach Teatru Ziemi Łódzkiej. Następnie występowała w latach 1967–1969 w koszalińskim Teatrze Bałtyckim. Od 1969 do 1970 roku występowała w szczecińskim Teatrze Dramatycznym, a w sezonie 1970/1971 w Teatrze im. Bogusławskiego w Kaliszu. W latach 1971–1982 była aktorką warszawskiego Teatru Ateneum. Mieszkała w Stanach Zjednoczonych, gdzie przez wiele lat występowała m.in. w polonijnym kabarecie Bocian.[1]
.

Twierdza Chicago: Dwóch użytkowników strony Progress for Poland tak skomentowało  smierć legendarnej polonijnej artystki:

  1. “Złoty” okres Polonii po prostu przeminął.
    *
    Na żadnej z jej produkcji nie byłem, bo słyszane w radio fragmenty skutecznie mnie ostrzegły przed jakością twórczości tego środowiska.
    *
    Natomiast mam grube setki godzin nagrań audycji radiowej, w której się przez lata produkowała. Nagrywałem aby zachować dowód istnienia tego kołchoźnika dla polonijnego dusigrosza i analfabety. Dla skąpca, któremu było żal wydać parę dolarów na gazetkę z Polski oraz dla analfabety, któremu czeba czytać pisdzielskie i tzw. “prawicowe”, goebbelsowskie czytanki.
    Milde z tym swoim przepitym, przepalonym głosem oraz z głupkowatym poczuciem humoru była w tym świetna.
    *
    Szczególnie zapamietałem wywiady z niejaką Łaniewską, komunistyczną aktywistką i donosicielką w młodości a na starość zdewociałą pisówką, która na antenie radia WPNA pozwalała sobie nazywać opozycyjne aktorki w Polsce słowem “pinda”.
    Milde puszczała te rzygi Łaniewskiej a zatem musiała zgadzać się z ich treścią.
    *
    Pierwszorzędna trzeciorzędna peerelowska aktorka, plująca na “komunę”, dziei której to “komunie” odniosła wszystkie swoje zawodowe sukcesy. Podobnie jak wszyscy pozostali tzw. aktorzy od polonijnego kotleta.
    Duzo darcia geby na PRL a w rzeczywistości był to jedyny okres, w którym (jeżeli w ogóle) mieli kontakt z prawdziwym teatrem czy filmem.
    *
    Po wyjeździe do Chicago stawali się sprzataczkami, niańkami, kierowcami, podmywaczami starych tyłków, robolami na budowie bo akurat tylko tyle było warte ich wykształcenie z Polski. Żaden nie opanował angielskiego, co z anteny polonijnego rayjka wyraźnie było i nadal jest słychać.
    *
    Ale o tym cicho sza, bo tego się wstydzimy. Trzydzieści albo i czterdzieści lat po przyjeździe chwalimy sie znajomościami z PRLu, chwalimy się naszą pracą za czasów PRLu.
    O tym, co robimy i jak sie utrzymujemy w Chicago – ani mru mru, bo nam wstyd.
    *
    Hipokryzja, zakłamanie, kompleksy.
    Tak tak, tylko ta zła “komuna”, na którą jakże snobistycznie plujemy zapewniła nam sensowne życie, życie którym jeszcze 40 lat później się chwalimy.
    Kapitalizm zweryfikował te peerelowskie primadonny i aktrissy do pozycji sprzątaczek.

  2. Jasiek z dachu? Ciekawy imię internetowe przedstawiciela “postępowych” elit polinijnych. Na forum interenetowym Polityki buszuje facet o innym imieniu. Także chwali się, że posiada setki godzin nagrań lokalnych programów radiowych z Chicago, RM i krytykuje co tylko można. Chyba nie zdaje sobie sprawy, że dotyczy to tylko bardzo małej części środowiska polonijnego. Dziwi mnie tylko, dlaczego jeszcze siedzi w Ameryce. Powinien był zostać w Polsce i z całych sił walczyć o ocalenie socjalizmu. Przecież każdy mógł zdobyć wykształcenie za darmo, wiele dziedzin gospodarki się znakomicie rozwijało i przyszła ta cholerna Solidarność i wszystko szlag trafił. A do tego wszystkiego przyczynili się prezydent Reagan i jego agent Jan Paweł ll. Po co komu Ameryka, jeżeli socjalizm był tak wspaniałym ustrojem. Są też inni przedstawiciele “polonijnych elit”, którzy marzą, aby socjalizm opanował Amerykę i w czasie listopadowych wyborów zrobią wszystko dla realizacji tego celu.

Wyniki pierwszej tury wyborów prezydenckich w Chicago

polonia chicago
Chicago, stolica amerykańskiej Polonii

Wyniki pierwszej tury wyborów prezydenckich w Chicago (okręgi Chicago I, Chicago II, Chicago III) 

Notatka: ja osobiście popierałem kandydaturę Stanisława Żółtka, choć nie mam niestety prawa głosu bo nie posiadam polskiego obywatelstwa – Krzysztof Lesiak

Dane pochodzą od Państwowej Komisji Wyborczej:

Razem: 10 002 głosów

Andrzej Duda 6 731 głosów (67.31%)

Rafał Trzaskowski  2 101 głosów (21.01%)

Krzysztof Bosak 522 głosów (5.22%)

Szymon Hołownia 463 głosów (4.63%)

Robert Biedroń 83 głosów (0.83%)

Władysław Kosiniak-Kamysz 59 głosów (0.59%)
Mirosław Piotrowski 18 głosów (0.18%)

Marek Jakubiak 11 głosów (0.11%)

Stanisław Żółtek 6 głosów (0.06%)
Paweł Tanajno 5 głosów (0.05%)
Waldemar Witkowski 4 głosów (0.04%)

Sanjaya: Wigilia – Boże Narodzenie – Czy warto świętować? O co tu chodzi?

33-353t kopia

Bardzo gorąco polecam stronę internetową Jasnej Strony Mocy, jasnastronamocy.info. Sanjaya jest unikalnym człowiekiem który precyzyjnie odkłamuje rzeczywistość, m.in. mówi prawdę o szatańskim, zbrodniczym Watykanie. Zbyt mało ludzi w Polsce mowią otwarcie o tej horendalnej instytucji. Większość Polaków niestety dalej wierzy w kłamstwa religii katolickiej. Dlatego dobrze jest, że istnieją odważni badacze prawdy tak jak Sanjaya. – KL

https://www.jasnastronamocy.info/wigilia-boze-narodzenie-warto-swietowac-o-chodzi/